A proszę mi wierzyć, że z telefonu korzystałem - jak zwykle - bardzo intensywnie. Dzwoniłem, pisałem, czytałem i przeglądałem: internety, YouTube'y, społecznościówki i pocztę elektroniczną. W zasadzie non stop miałem włączone LTE i, dodatkowo, Wi-Fi - tak na wszelki wypadek, aby nie ryzykować wyczerpania się przydzielanego mi raz w miesiącu pakietu internetowego.
Włączony miewałem także Bluetooth. Jak często? Tutaj przekornie odpowiem, że... nie wiem, ponieważ komórka sama decydowała o uruchamianiu tej technologii. Ot, samodzielne urządzenie... Niestety, testy trwały zbyt krótko i nie udało mi się ustalić, jakie okoliczności temu sprzyjały, a jakie - być może - to wymuszały. Dość powiedzieć, że jakoś mniej więcej raz dziennie - kiedy tylko dostrzegałem, że sinozębna ikonka była widoczna na ekranie, szybko tę technologię wyłączałem.
Robiłem to, ponieważ Bluetooth nie był mi na co dzień potrzebny. Plików nikomu nie wysyłałem, niczego w ten sposób także nie odbierałem. Nawet jako kierowca nie miałem potrzeby uruchamiania zestawu samochodowego i komunikowania go ze smartfonem właśnie przez opisywany i dość problematyczny Bluetooth. W aucie gadałem jednak nie "z ręki", tylko z wstawiając telefon do uchwytu zamocowanego na desce rozdzielczej pojazdu. A jak ktoś dzwonił, to odbierałem i uruchamiałem tryb głośnomówiący. I kiedy zaraz po otrzymaniu urządzenia przeprowadziłem pierwszy test, odbierając jakąś rozmowę, to byłem wręcz zdumiony, że słyszałem mojego rozmówcę jakby siedział obok, a i mnie ponoć było słychać po prostu wybornie - jak zeznała osoba po drugiej stronie słuchawki.
Ucieszyłem się jak dziecko, ponieważ właśnie podczas jazdy autem lubię - a czasem muszę - rozmawiać przez telefon. A że - powiedzmy raz lub dwa razy dziennie - musiałem wyłączyć wspominany Bluetooth? Naprawdę, nie to było dla mnie najgorsze...
Zdecydowanie bardziej irytujące było to, że komórkę musiałem wielokrotnie restartować. Zwłaszcza znajdując się w samochodzie. I to czasem nawet trzy lub cztery razy dziennie! Ponieważ się wieszała? I tak, i nie. Wieszał się - jeśli można tak napisać - GPS (choć może nie on sam, bo wspólnie i w porozumieniu pomagał mu w tym niejaki GLONASS). Dość powiedzieć, że jeśli tylko próbowałem uruchomić nawigację (lub jakikolwiek inny program wykorzystujący lokalizację satelitarną) to udawało się to tylko za pierwszym razem od uruchomienia komórki.
Serio? Serio, serio... Jeśli po dojechaniu na miejsce chowałem telefon do kieszeni, aby za czas jakiś ponownie go stamtąd wydobyć, i aby znowu próbować wyznaczyć najkrótszą trasę z miejsca "A" do miejsca "B", to telefon... zazwyczaj nie wiedział gdzie jest. Gapcio, zapominał... Nie był w stanie zlokalizować się, a co za tym idzie - przystąpić do prawidłowego działania. Nie i już.
I biję się w pierś, że nie udało mi się telefonu zmusić do wznowienia lokalizowania się w inny sposób, niż poprzez wspomniany restart. A wtedy - przyznać, to trzeba uczciwie - problemy mijały "jak ręką odjął". Komórka pozycjonowała się w zasadzie błyskawicznie i mogłem przystępować do dalszej jazdy...
Fot. Adam Owczarek/mGSM.pl
materiał własny
- Pokaż wszystkie |
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5












Zobacz najnowsze opinie lub dołącz do dyskusji i dodaj opinię!