
Pierwszy raz w życiu sięgnąłem po encyklopedię, jak po tomik z poezją lub inną literaturą przyjemną. Żeby sobie poczytać. Tak po prostu, poczytać, zamiast gapić się w smartfona. W czasach zamierzchłych, 20 kilogramów temu, przed narodzeniem się gromkosławionej wyszukiwarki Google, sięgałem po encyklopedię z potrzeby wyjaśnienia jakiegoś hasła, zagadki, intelektualnego zgrzytu. Dziś zrobi to jedna aplikacja...
Pobladłem, kiedy w jednej z księgarń, zobaczyłem, że jednotomowa perełka - "Encyklopedia Popularna PWN" z edycji 2011 r., jest do kupienia za niewiele ponad 60 złotych. Na taką encyklopedię w latach 80., moi rodzice odkładali przez kilka miesięcy i była ona absolutnym rarytasem wydawniczym. W historii dziejów przed 15 września 1997 roku, kiedy to zarejestrowana została domena Google.com, analogowa ludzkość wypożyczała sobie encyklopedię, gdy np. trzeba było samemu napisać do szkoły jakieś większe dzieło pt. wypracowanie, referat. Napisać odręcznie, a nie zerżnąć z sieci, wkleić i wydrukować. Pamiętam, jak chodziło się do bibliotek odrabiać prace domowe, bo w bibliotekach było kilka egzemplarzy różnych encyklopedii. I ludzie mogli posiedzieć ze sobą, pouwodzić się wzrokiem zamiast odrabiać prace domową, porozmawiać szeptem. Były to takie nieistniejące już inkubatory ludzkiej wrażliwości. Dziś zauważyłem, o encyklopedie nikt nie prosi. Ani w księgarniach, ani w bibliotekach. Leżą na półkach, dożywiają mole i roztocza. - Wie pan, cena jest zawstydzająco niska, a i tak chętnych na nią całkowicie brak... - żaliła mi się kobieta za ladą. No to kupiłem. W końcu wierszówka za moje nudne felietony doszła...
W encyklopedie analogowe lub jak kto woli - klasyczne, zazwyczaj elegancko wydane, inwestują wyłącznie ludzie bogaci. I tylko bogaci. Nie koniecznie mam na myśli tych, którzy posiadają pieniądze. Raczej tych, których bogactwem jest rozum. Oni wiedzą, że dziś Google, Wikipedia i kilka innych mądralińskich serwisów jest, a jutro może ich nie być. Jaka była moja radość, kiedy wypytałem kilku znajomych o to, kiedy ostatni raz korzystali z encyklopedii, a w odpowiedzi usłyszałem: - "A z tydzień temu Dziubdziuś. A co znowu smarujesz?". Okazało się, że często korzystają z takiej formy ubogacania swojej wiedzy. I bardzo dobrze! Dlaczego więc Wam o tym przynudzam? Ano, przeczytałem w serwisie Money.pl o polskim startupie, który stworzył aplikację "Explain Everything", z której podobno korzysta około 4 mln ludzi na całym świecie. Spora gromadka, zwłaszcza, że program jest płatny, a na zakupienie go dla uczniów zdecydował się już duński rząd oraz setki szkół w Stanach Zjednoczonych. Polski system oświaty, podobno nie interesuje się aplikacją. Szkoda, bo jest naprawdę świetna do studiowania, ale... Ma jedną, istotną wadę. Nie porywa mnie do tego, by posiedzieć z nią w fotelu i pogmerać między stronami. Wędrować od hasła do hasła...
W odróżnieniu od encyklopedii analogowej, bez prądu z gniazdeczka w ścianie, nie poszalejemy zwojami mózgowymi, wpatrując ślepka w ekranik z aktywną aplikacją "Explain Everything". A z analogową encyklopedią, da się wytężać mózg choćby przy świeczce i ona naprawdę Explain Everything! Dlatego inwestuję w książki. Dziś wielotomową encyklopedię PWN czy inną, można zmieścić w kieszeni, na dysku USB. Ale czy w tej postaci ona nas zainteresuje? Nie sądzę. Analogowa encyklopedia prowokuje, by chwycić ją w łapki. By poprzewrcać stronki, pocztać. Kto z Was w wolnym czasie, tak po prostu spaceruje po wyszukiwarce Google, czy Wikipedii, by odżywić szare komórki? Kto bierze laptop, tablet na kolana i ot tak, po prostu - delektuje się poszukiwaniem wiedzy, zamiast orką w pliku po godzinach, siedzeniem na fejsie czy gierczeniem na Steamie? No kto?
Materiał własny
Zobacz najnowsze opinie lub dołącz do dyskusji i dodaj opinię!