
Ten felieton miał być o tym, że w walce ze światowym terroryzmem, bomberami mniej lub bardziej profesjonalnymi i ogólnym złem tego świata, będziemy walczyć poprzez brak możliwości zakupienia kart SIM w kioskach i innych sklepach obuwniczych... Ale mi nie wyszło.
Nigdy nie rozumiałem grzybiarzy. Chodzą tacy przez pół dnia po lesie, zaglądają pod drzewa, płoszą zwierzynę, pająki, kleszcze i inne borostwory, a gdy znajdą jakąś paskudną purchawkę, nie mogą pozbierać się z radości. Może dwa razy w życiu, jako dzieciak, byłem na grzybach. Wynudziłem się podczas tej "przygody" bardziej niż Eleonora Ziel podczas lektury moich felietonów. Ech, gdybym wtedy miał smartfona... Kilka dni temu znajomi wyciągali mnie na grzyby. Wspominając leśne traumy z dzieciństwa, te wszystkie cholerne pająki, które człowieka obłażą i błądzenie po lesie, zapierałem się jak mogłem. Z sukcesem. Bardzo szybko żałowałem. Oglądają zdjęcia znajomych z gigantycznymi borowikami, zrozumiałem, że czasy bardzo się zmieniły i dziś nawet grzyby zbiera się ze smartfoniskiem w łapie - czytaj - bez nudy. Nie miałem pojęcia jak wiele jest aplikacji dla grzybiarzy. Od takich, które pomogą skutecznie zatruć się przyrządzanymi muchomorami, po te, które rozpoznają grzyby sfotografowane telefonem. Gdyby jeszcze taki grzyb wyrastał z QR codem, byłoby wspaniale... Z tej nudnej szwędaczki z dzieciństwa wspominam, że hobby grzybiarzy było kiedyś całkowicie wolne od różnych rozpraszaczy. Z gadżetów towarzyszył ludziom jedynie kompas. Dziś, każdy większy okaz sromotnika, zanim trafi do kosza, wpierw ląduje na fejsie. Nie ma w tym rzecz jasna niczego złego, ale mam wrażenie, że dziś na e-grzyby chodzimy nie dla siebie, lecz hashtagów i znajomych z Fejsa, Snapa i innych społecznościowych lecznic.
Podobnie jest z wędkarzami. Czasy, w których człowiek gapił się na spławik i podniecał gdy ten tylko drgnął, odeszły w niepamięć. Znajomy czytając komentarze Eleonory Ziel i widząc, jak zalewam się przez nie łzami, po koleżeńsku rzucił despotycznie: "Jedziesz ze mną odpocząć trochę z wędką!". Pomysł był świetny, zwłaszcza, że nie mam wędki od kiedy w moim życiu pojawiła się empatia i zrozumiałem, że pływanie z kotwicą w poliku, byłoby mało fajne. Ale posiedzieć nad wodą dobra rzecz. Zjawiliśmy się nad niewielką kałużą, w której podobno żyją ryby, a tam, jak w CNN... Przy jednym wędkarzu oprócz kija, który wyciągnie biedną rybę, tablet spięty z jakąś sondą, która monitoruje co się dzieje pod wodą i gdzie są ryby. Co chwila słychać jakieś pikania urządzenia, cholery można dostać. Obowiązkowo wędkowanie rejestruje przymocowana do wędki kamera GoPro. Pamiętam, że wędkując z ojcem, zasypiałem nad kijem, ryby obżerały hak z ciastem, a jeśli się jakaś złapała, musiała być taką samą fajtłapą, jaką ja byłem i jestem wędkarzem. Absolutnym hitem na tych e-rybach, był dla mnie widok pana siedzącego kilka stanowisk dalej. Jegomość moczył kij zarzucony "na ciężko", a nudę wynikającą z oczekiwania na branie wielkiej ryby, zabijał wędkarską gierką w smartfonie. Oczywiście, wśród wędkujących nie zabrakło też społecznościowego lansu z niewymiarowymi płotkami, które na szczęście zamiast do siaty, trafiały tylko na Fejsa i z powrotem do wody...
Ależ przynudziłem! Cholera! A chciałem o tym, że w walce ze światowym terroryzmem, bomberami mniej lub bardziej profesjonalnymi i ogólnym złem tego świata, będziemy walczyć poprzez brak możliwości zakupienia kart SIM w kioskach i innych sklepach spożywczych...
PS. Eleonoro Ziel! Żyjesz? Tradycyjnie pozdrawiam!!! :-)
Materiał własny
Zobacz najnowsze opinie lub dołącz do dyskusji i dodaj opinię!